MIYA myBBcream czyli lekki i mineralny krem na lato zamiast podkładu

           
Hello!

Znacie te geometryczne serduszka? Myślę, że tak, gdyż marka MIYA zatrzęsła polskim rynkiem kosmetycznym całkiem niedawno, a już zdobyła rzeszę fanów, w tym mnie. Ostatnio chciałam zakupić My Wonder Balm podczas promocji w drogerii Hebe, ale pech chciał, że niemal wszystko z asortymentu tego brandu było wykupione. Jak żyć?

MyBBcream to nowość, którą jako jedna z pierwszych osób mogłam przetestować i wiecie co Wam powiem? Zakochałam się od pierwszego użycia, ale o tym później, bo teraz chcę pokrótce scharakteryzować tego gagatka :) 



Krem koloryzujący zawiera chemiczny filtr SPF30, co daje nam bardzo dużą ochronę przed palącym słońcem. Poza tym skład opiera się na składnikach aktywnych takich jak: olej z pestek pomidora, olej ze słodkich migdałów czy kwas hialuronowy, dzięki czemu krem dodatkowo pielęgnuje skórę, ale największą jego zaletą są pigmenty mineralne dające naturalne, "słowiańskie' odcienie, przez co na  próżno szukać w nich szarych i zimnych tonów rodem z Korei. 



Gama kolorystyczna składa się z dwóch kolorów dedykowanych dla jasnej i trochę ciemniejszej karnacji. Dla mnie jaśniejsza wersja jest za jasna, a ciemna za ciemna, więc najlepiej skomponowany odcień to oczywiście mieszanka 2:1 (ciemny:jasny) Myślę, że złapię jeszcze trochę opalenizny i nie będę musiała nic miksować :) 

Generalnie mam wrażenie, że brakuje całkiem jasnego odcienia, bo "fair skin tone" wcale nie należy do najjaśniejszych i u osób o bardzo jasnej karnacji może okazać się zbyt ciemny. 



  



Formuła jest bardzo przyjemna i bardzo łatwo się z nią pracuje. Aktualnie krem nakładam palcami, bo taka aplikacja jest dla mnie najdogodniejsza i najszybsza. Przy nanoszeniu kremu obowiązuje zasada - im mniej tym lepiej, ponieważ zbyt duża ilość potrafi się rolować. 

Od razu piszę, że nie jest to produkt dający pełne krycie niczym podkład Huda Beauty, ale stopień zakrycia moich naczynek i wyrównania kolorytu jest dla mnie wystarczający. Warstwa nałożona na twarz nie jest w żaden sposób wyczuwalna co daje wysoki komfort noszenia.  

Tuż po nałożeniu, cera lekko się świeci. Osobiście nie lubię takiego wykończenia, więc omiatam twarz pudrem, aby wszystko spiąć do kupy i przede wszystkim wykończyć makijaż. Żeby nie było,  moja strefa T uwielbia się świecić, więc nie umiem żyć bez opruszenia się dobrym sypańcem ;D




Trwałość jak na krem BB to istny majstersztyk. Bite 10h bez jakiegokolwiek ubytku i plam. Jedyne co zauważyłam, to troszkę się wyświeca, ale nie ma się czemu dziwić, wszak obecnie mamy afrykańskie temperatury. No i w zmarchach się nie zbiera ♥  Problemów jako baza pod resztę kolorówki też nie stwarza. 


94% składników pochodzi z natury. W składzie nie uraczymy silikonów i olei mineralnych. Jak dla mnie bomba, bo ostatnimi czasy przerzuciłam się niemal w całości na naturalne INCI jeśli chodzi o pielęgnację twarzy. 

Z racji jego pielęgnacyjnych właściwości nakładam go solo na wcześniej oczyszczoną skórę i poziom nawilżenia jest bardzo przyzwoity :) Ja jestem zadowolona, moja buźka też, a to najważniejsze!

Kosmetyki MIYA znajdziecie w drogeriach internetowych, a stacjonarnie znajdują się tylko w Hebe. Dziewczyny, go, go, go. Oddajcie się Rossmannowi!

Blanka

4 komentarze:

  1. Kremy BB to super alternatywa dla klasycznych podkładów na lato :)

    OdpowiedzUsuń
  2. 94% składników pochodzenia naturalnego to priorytetowa informacja zachęcająca do przeprowadzenia osobistych testów :)
    Bardzo mnie zachęciłaś.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam naturalne kremy BB - ten również jest w kregu moich zainteresować. Sięgnę po niego jak skończę Lily Lolo.

    OdpowiedzUsuń