MIYA czyli kosmetyki na skraje temperatury i nie tylko


Hello!
                   
Minęła zima i od dobrych dwóch tygodni mamy iście wiosenną aurę. Zimowe zapachy poszły w odstawkę, ubrania też. Kosmetyki w dużej mierze również zostały zmienione na te lżejsze, choć prezentowane poniżej zdążyły skończyć się same :) Zresztą, odkładanie ich na kolejną zimę mija się z celem, gdyż są to kosmetyki naturalne i niebawem ich termin ważności dobiegnie końca.



Lekki olejek do demakijażu świetnie nawilżał skórę, a przy tym bardzo dobrze zmywał makijaż. Z racji tego, że w składzie ma same naturalne oleje, na twarzy zawsze pozostawała tłusta warstwa ochronna, która świetnie zabezpieczała twarz przed utratą wody, wtedy, kiedy spałam koło kaloryfera. Uwierzcie mi, ale takie metody ogrzewania się nie są najlepszym rozwiązaniem, bo można się przesuszyć na wiór.

Patrząc na niego mam wrażenie, że służy on w dużej mierze do zmywania kosmetyków kolorowych nałożonych na twarz. Niestety, nie jest on w stanie dogłębnie oczyścić porów, bo najzwyczajniej w świecie nie ma w składzie takich rzeczy, które mogłyby to zrobić. 

Olejek nie podrażnia i przepięknie pachnie. Z dozowaniem należy uważać, bo do całkowitego zmycia szpachli wystarczy dosłownie odrobinka. 




Miya My Power Elixir to z kolei kompletna odwrotność kremów do twarzy tej marki. W słoiczku z przepięknym logo, które z powodzeniem mogłoby być moim tatuażem, znajduje się żółta maź wyglądem przypominająca lisie sadło... Serum pod wpływem ciepła rąk zmienia zupełnie swoją konsystencję i staje się delikatną olejkową emulsją. 

Eliksiru nie da się używać na dzień, bo jest ciężki i pozostawia na twarzy tłusty film potrzebujący całej nocy na wchłonienie się w skórę. Innego kremu również nie da się na niego nałożyć, także kosmetyk stosowałam samodzielnie i zupełnie mi to wystarczało, wszak moja twarz kumpluje się z prawie wszystkimi olejami. 

Po takim nocnym seansie, spoglądając rano w lustro, widoczne gołym okiem było nawilżenie  (brak suchych skórek), napięcie i wygładzenie. Z kolei przez cały okres używania nie zauważyłam również zapchania porów, co bardzo mnie ucieszyło, bo tego się obawiałam. 

Woń tak samo jak w przypadku olejku do demakijażu jest również bardzo intensywna i lekko zalatuje cytrusową egzotyką. Mimo tego, że cytrusów nie lubię, tak w tym wydaniu sprawdziły się u mnie na 100%.


Myślę, że krem świetnie sprawdzi się po kąpielach słonecznych albo w promieniowaniu UV i sama myślę czy nie zakupić drugiego opakowania na urlop jako pomoc doraźną.

Blanka

5 komentarze:

  1. Ciekawa jestem tego olejku, chociaż używałam raz własnej mieszanki i średnio się sprawdziła:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam te kosmetyki i jeszcze esencję, skusiłam się zadowolona z kremów, ale jeszcze czekają na swoją kolej :) chociaż po tej rezenzji palce świeżbi, żeby je otworzyć :D tym bardziej, że ja kocham cytrusowe zapachy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Opisałaś oba produkty które chcę od nich wypróbować :) "do całkowitego zmycia szpachli wystarczy dosłownie odrobinka" tym fragmentem zrobiłaś mi dzień :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Spodobała mi się formuła tego kremu, ciekawe jak by się sprawdził u mnie.

    OdpowiedzUsuń