Lirene, Vitamin Energy C+D czyli świetne kosmetyki do cery przetłuszczającej się, poszarzałej i bez energii

               
Hello!
               
                 
Podczas mojej nieobecności na blogu, przetestowałam mnóstwo kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Jedne było gorsze (jak te w poście wcześniejszym) a jedne lepsze i to o nich właśnie chcę Wam dziś napisać. 

Współpracuję z Eris już kilka lat, lubię ich kosmetyki i szczególną sympatią darzę sobie markę Pharmaceris, jednak tym razem moją uwagę skupia na sobie zestaw trzech kosmetyków Lirene Vitamin Energy. 




Serum, krem i żel oczyszczający stosowałam w jednym czasie i po dłuższym użytkowaniu, faktycznie kosmetyki zaczęły działać. Cera stała się bardziej promienna (po wcześniejszych problemach ze zdrowiem, moja twarz była poszarzała i taka jakaś bez wyrazu), nawilżona, wypryski poznikały (choć za tę sytuację obwiniam hormony). Osobiście nie jestem 30+, ani też nie mam cery normalnej, a mieszaną, to mimo to wszystko sprawdziło się w 100% :)




Serum przeznaczone jest na noc. Formuła była do mnie za lekka, więc zaczęłam używać go rankiem, przed nałożeniem makijażu, jako bazę i jako produkt nawilżający. To był strzał w dziesiątkę, gdyż kosmetyk wchłania się błyskawicznie i nie pozostawia po sobie żadnej tłustej czy lepiącej się warstwy. Podkład na tak przygotowanej skórze rozprowadza się lepiej niż na niejednej silikonowej bazie. Również trwałość make-up jest znacznie przedłużona, nawet w upalne dni.

Przez pierwsze dni używania, kilka minut po nałożeniu czuć lekkie napięcie skóry. Nie jest to mocne uczucie ściągnięcia, które mogłoby przeszkadzać. Po paru razach albo przestałam na to reagować, albo minęło samo. Sama nie wiem, a teraz nie mam jak sprawdzić, bo wykończyłam serum do ostatniej kropelki. 



Krem z kolei używałam na noc, choć przeznaczony jest do obu pór dnia. Jest lekki, ale nie tak jak serum, więc dawka nawilżenia jaką serwował mi podczas snu była wystarczająca :) Pachnie tak samo jak reszta serii, czyli lekko cytrusowo. Nie są to moje klimaty zapachowe, ale jakoś za specjalnie mi to nie przeszkadza, choć wody toaletowej o takiej woni na pewno nie chciałabym mieć w swoich perfumeryjnych zbiorach :)



Żel stał się moim ulubieńcem ze względu na mocne oczyszczenie bez wysuszania i podrażniania cery. Jeśli nie mam czasu na dwustopniowy demakijaż (płyn micelarny+żel do mycia twarzy), myję się tylko tym produktem i makijaż schodzi bez najmniejszego problemu. 

Kosmetyk jest gęsty przez co staje się wydajny. Pachnie najmocniej z całej trójki i w składzie zawiera SLS. Zaraz za tym silnym detergentem znajduje się gliceryna. Z INCI szału nie ma, ale jeśli coś mi pasuje, przymykam oko na etykietkę. Oczywiście, ze względu na sporą ilość SLS, podczas mycia buźki wytwarza się duża porcja piany, której trzeba poświęcić trochę czasu, by dokładnie ją spłukać :)


Blanka

6 komentarze:

  1. A mi się zapach tej linii akurat bardzo podoba :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Za jakiś czas sama otworzę serum, ciekawa jestem jaka będzie moja reakcja :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie zapachowo się seria sprawdziła ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Używałam kilka miesięcy temu i ogólnie byłam zadowolona;)

    OdpowiedzUsuń